niedziela, 5 maja 2013

~6


Podniosłam się delikatnie i oparłam na łokciach całe swoje obolałe ciało, a zwłaszcza ciężką głowę. Skierowałam oczy na prawo. Blond włosy, Cass. Skierowałam oczy na lewo. Czarne włosy. Filip.
W głowie miałam tysiące myśli, zastanawiałam się, jak w ogóle się tam znalazłam i co się stało po tym jak... Właśnie. Po tym jak co? Moje wspomnienia były rozmyte. Coraz częściej mi się to zdarzało. Urywał mi się film, a ja budziłam się w dziwnych miejscach, nie mając pojęcia jak w ogóle się tam dostałam. Ale byłam ze swoimi przyjaciółmi, więc nic złego nie mogło się stać. Byłam w samej bieliźnie, więc lekki wietrzyk, który dostał się do pokoju przez otwarte okno otulił moje ciało. Dziwne uczucie.
Wstałam powoli z łóżka, żeby nie obudzić dwóch śpiochów. Cass mruknęła tylko coś pod nosem i przewróciła się na brzuch. Na jej plecach widniały wzory podobne do moich.
Po chwili uświadomiłam sobie, że nigdy nie byłam w tym pomieszczeniu. Pomyślałam, że to pewnie pokój Filipa, ponieważ nigdy tutaj nie byłam. To musiał być pokój Filipa. A doznałam tego przekonania, kiedy zbliżyłam się do lustra. Podeszłam bliżej, żeby przyjrzeć się wzorom na moim ciele. Prawdopodobnie były zrobione henną, lub inną podobną substancją, która wbrew mojej woli, nie będzie chciała się zmyć, przez bardzo długo. Ale kiedy byłam jakieś dwa metry od lustra, zauważyła zdjęcie w jego roku. Zdjęcie z polaroidu. Na którym byłam. Miałam na nim bardzo głupią minę. Uniesione brwi i szeroko otwarte oczy, a jednocześnie zmarszone czoło i kacze usta. Obok mojej twarzy, była twarz Filipa z ustami ułożonymi w dziubek i zamkniętymi oczami. Obok było więcej zdjęć. Były na prawie całej ścianie. Część była zwykła. Część polaroidowych. Część była sprzed niedawna, na innych można było zauważyć Filipa w pieluchach. Wszystkie układały się w strzałke, którą dostrzegłam dopiero kiedy odeszłam pare kroków w tył. Wskazywały na okno. Wyjrzałam przez nie. Nie było tam nisko, wręcz przeciwnie. Filip miał pokój na drugim piętrze. A przy oknie stała drabina. Czyżby to była wskazówka dla jego sekretnych kochanek?
Rozejrzałam się po pokoju, ale nie mogłam znaleźć swoich ubrać. Postanowiłam pożyczyć coś od Filipa, ponieważ ubrań Cass także nie było w pobliżu. Szafa była ogromna i nie mogłam się na początku zdecydować co założyć. Najgorzej będzie z butami, a na boso wrócić nie mogę. Z wieszaka wzięłam czarną koszulę, a w szafie znalazłam 3/4 spodnie, które obwiązałam długaśnym paskiem. Najdłużej zajęło mi znalezienie butów, ale w końcu znalazłam jakieś zapomniane pudełko na dnie szafy, ze starymi butami sportowymi, które chyba były na niego za małe, bo na mnie były za duże tylko o trzy rozmiary. Zacisnęłam je jak najmocniej się dało, a sznurówki obwiązałam sobie dookoła kostek.
Wtedy zaczęłam się zastanawiać, jakim cudem jeszcze się nie obudzili, skoro tak hałasowałam...
Wzięłam zdjecie z lustra i znalezionym w jego szafce mazakiem napisałam z tyłu, że pożyczyłam pare rzeczy i że świetnie się bawiłam. Jak najciszej się dało zeszłam po bardzo długiej, bardzo niestabilnej i prawdopodobnie bardzo starej drewnianej drabinie w dół.

czwartek, 2 maja 2013

~5


-Siedzimy na szpitalu. Wpadniesz? Jest dużo ludzi, dużo alkoholu, dużo palenia. Powinnaś częściej wychodzić z domu, ostatnio sama mi to powiedziałaś! Masz okazje to zmienić.
-Będę za 20 minut. -Zamknęłam klapkę telefonu i uśmiechnęłam się sama do siebie. Byłam ubrana w dres i koszulkę, z niezliczoną ilością plam i dziur. Spodnie zmieniłam na szorty, a koszulkę na bluzę. Wiedziałam, że zmarznę. Trudno. Do torby wrzuciłam kilka rzeczy i zbiegłam na dół po schodach.
-Wychodzę, będę spać u Cass. - Dorota czytała jakieś raporty przy kawie i przy słabym świetle. Mruknęła coś do mnie i kiwnęła tylko głową na znak, że usłyszała.
Szpital, był szpitalem. Starym, pustym szpitalem, w środku lasu. Nie było tam prawie nic. Oczywiście poza kilkoma stołami chirurgicznymi, paroma łóżkami w niektórych salach. Tu i tam walały się stare gazety, sprzed dwudziestu lat. Kiedy ktoś chciał się zabawić szedł do tuneli. Podobno ciągnęły się pod całym lasem, podobno dochodziły do kilkunastu budynków w centrum, ale nikt nigdy tego nie sprawdził. Wszyscy za bardzo się bali, przez głupie historyjki, co to się nie działo w tych tunelach. Ale wszyscy do nich chodzili, żeby się obłapiać. Słabe światło, sporo ale jednocześnie niewiele miejsca. Dziewczyny trochę przerażone, a chłopcy zadowoleni, że mogą skryć się w ich objęciach, uciec przed potworami z labiryntów.
Szpital był miejscem wiecznych balang. W środku lata to miejsce nigdy nie zasypiało, a policja trzymała się z daleka od tego miejsca, nie wiedzieć czemu.
Więc poszłam do szpitala. Kiedy tylko był w zasięgu mojego wzroku, zaczęłam słyszeć hałasy dochodzące z niego. Śmiechy, tłuczone szkło, głośne rozmowy. Weszłam do środka, powitało mnie kilka osób. Poszłam dalej. Zaczęłam szukać osoby, która zadzwoniła do mnie, a przy okazji także Cass, u której rzekomo dzisiaj spałam. Przeszłam pół szpitala, aż w końcu znalazłam się w najbardziej odosobnionym budynku, w którym mieściły się wszelkie sale, związane z rozrywką. Ich atutem było to, że były ogromne, dzięki czemu były najlepsze do wszelakich libacji.
Z daleka zobaczyłam chłopaka o ciemnej karnacji, o czarnych włosach i o czekoladowych magicznych oczach. Był wysoki, szczupły, magiczny. Kręciły się wokół niego jakieś panienki, jak zawsze. Nigdy nie mogłam zaakceptować tego, że w oczach innych dziewcząt, wyglądałam podobnie jak one. Ale to nie była prawda. One widziały tylko to, co chciały widzieć.
Filip zauważył mnie, uśmiechnął się. Uprzejmie przeprosił panny skaczące obok niego i podszedł do mnie. Podziękował za przyjście, podał butelkę piwa. Po chwili podeszła do nas blondynka, przepiękna. O nieskazitelnie białych zębach i pięknych zielonych oczach. Jak mała musiałam być w porównaniu do Filipa i Cass. Taka szara.
Wypiłam jedno piwo. Potem następne. Potem wypiłam coś innego. Może to była wódka? Nie pamiętam. Potem poszliśmy na basen. W szpitalu był basen. Ale był pusty, suchy. Ktoś znalazł w budynku obok kilka opakować różnych farb. Zaczęliśmy pisać jakieś głupoty po ścianach. Potem znudziło nam się to, więc wszyscy zaczęli malowac po wszystkich. Leżałam na środku basenu, patrzyłam na zniszczony sufit, moja koszulka podniosła się do góry. Obróciłam się w bok, popatrzyłam na ścianę basenu, na której ktoś narysował zieloną farbą męskie genitalia. Ktoś dotykał mojego brzucha, widziałam blond kosmyki. Wstałam, wyszłam z basenu, sięgnęłam po następne piwo.
I obudziłam się w łóżku między mężczyzną a kobietą, z wzorami na całym ciele.

środa, 1 maja 2013

~4


-Masz ochotę pójść nad jezioro? Porozmawiamy sobie.- Postanowiłam nawiązać jakąkolwiek rozmowę z moim bratem, który nadal o dziwo siedział na parapecie.
Był zamyślony. Patrzył przez otwarte okno. Słońce powoli szło spać, niebo było lekko pomarańczowe, ale nadal przeważał róż. Pogoda była piękna, temperatura wysoka, a delikatny wiatr dawał orzeźwienie. Nie byłam fanką lata. Nie byłam także fanką zimy. Byłam zakochana w wiośnie. Kiedy wszystko budziło się do życia, kiedy ptaki zaczynały zaglądać do moich okien. Kiedy tulipany nieśmiało wychodziły z ziemi. Kiedy wszystko wydawało się takie... nowe, piękne.
-Obiecałem nauczyć koleżankę grać na gitarze.- Zwrócił twarz w moją stronę, był wyraźnie zarumieniony, ale szczęśliwy.
A musicie wiedzieć, że jego szczęście było dla mnie bardzo ważne.
To trochę smutne, że on potrafił być szczęśliwy, nieważne co się działo. Oczywiście pozornie szczęśliwy. Jak człowiek po dwóch próbach samobójczych może być szczęśliwy? Nie wiem. A jestem prawie pewna, że jeśli ta dziewczyna od gitary go rzuci, to będzie trzecia do kolekcji. Od dziecka miałam awersję do kolekcjonowania czegokolwiek. Oczywiście moje nastawienie zmieniło się, kiedy dorosłam. Teraz zbieram na przykład blizny na rękach, nogach, brzuchu. Gdziekolwiek się da, byleby to nie było widoczne.
Widzicie? Wiecie o mnie następną rzecz! Jestem psychiczna.
Patryk wstał i powolnym krokiem udał się do wyjścia. Zatrzymał się w drzwiach i spojrzał na mnie. Może uśmiechnął się, a może to była tylko moja wyobraźnia. Chyba nigdy nie będę miała pewnośći.
Swoją drogą, nie lubię tego słowa. Pewność, jest okropna. Okrutna. Pewność, kojarzy mi się z odpowiedzialnością. A to słowo kojarzy mi się jeeeszcze gorzej. Ale nie zagłębiajmy się w to,  to tylko głupie gadanie.
Wtedy zadzwonił telefon.
Stary srebrny telefon, porysowany, pęknięty miejscami. Podniosłam go z podłogi, gdzie rzuciłam go z rana, kiedy tylko budzik zaczął dzwonić.
-Cześć kruszynko. Masz ochotę się zabawić? Dam Ci tyle rozkoszy ile tylko zapragniesz...-Uniosłam brwi i mimowolnie uśmiechnęłam się, jakby sama do siebie.